KONTAKT

Informacja turystyczna:

Centrum Turystyki Regionu Puszczy Białowieskiej

ul. 3 Maja 45, Hajnówka

tel. 85 682 43 81, fax 85 682 51 41

e-mail: turystyka@powiat.hajnowka.pl

 

Infolinia Turystyczna Polskiej Organizacji Turystycznej

+48 22 278 77 77
801 888 844
dla osób dzwoniących z numerów polskich operatorów
608 599 999 (telefon bezpieczeństwa)

konsultanci obsługują infolinię w języku polskim, angielskim i niemieckim.


 

Subskrybuj

Strona główna

LEGENDY PUSZCZY BIAŁOWIESKIEJ

Tomasz Lippoman - Z książki Legendy Podlasia
Legenda o Królowej Drzew | Książe i wiedźma | Naznaczony Dzik | Białowieskie miejsca mocy


Legenda o Królowej Drzew


 Dawno temu, na ziemiach zamieszkanych dziś przez Szwedów i Norwegów, nie było jeszcze ludzi. Mieszkali tam herosi wielcy jak drzewa, gnomy, krasnale i wiele innych magicznych stworów. Nad całą tą dziką i piękną krainą gór, skał i jezior niepodzielnie panował bóg Thor.

 Pewnego razu Thor wędrując przez świerkową puszczę spotkał nad brzegiem turkusowego jeziora piękną nimfę Soroya. Hoża dziewoja nieświadoma (a może i świadoma, kto ją tam wie), że jest obserwowana, pochylała się nad taflą wody podziwiając swoje odbicie. Naga, w księżyca poświacie, urzekła boga piękną twarzą, modrymi oczami, włosami spływającymi niczym krople majowego deszczu na alabastrowe ramiona, stromymi jędrnymi piersiami i całą resztą swej wielce ponętnej postaci. Piorunującego wrażenia dopełniał śpiew dziewczyny, słodki niczym malina moroszka do dziś porastające podmokle tereny Norwegii. Dziki bóg postanowił posiąść nimfę bez zwłoki, tak jak to czynił wcześniej z innymi boginkami. Ta jednak, zamiast mu ulec, rzuciła się do ucieczki. A że pędziła jak wiatr po polu czy spłoszony zając, nieco już leciwy władca nie mógł jej dogonić. Zmęczony Thor po trzech dniach pogoni dał za wygraną i spoczął pod górą Trollheimen, której zbocza i jaskinie, jak sama nazwa wskazuje, były licznie zamieszkiwane przez złośliwe trole. Przywódca plemienia zwany Troll Bjorn, czyli Trol Niedźwiedź, miał z Thorem stare porachunki, a tu okazja sama do niego przyszła. Szczegółów tej rozmowy nie znajdziemy nawet w najstarszych skandynawskich sagach. Wiadomym jest jednak, że Troll Bjorn doradził Thorowi małżeństwo z szybkonogą Soroyą. Tym razem dziewczyna nie odmówiła. Z początku żyli nawet zgodnie i szczęśliwie, z czasem jednak młoda żona zaczęła utyskiwać na nudę tej odludnej krainy. Jak wiadomo stary mąż zawsze ulega młodej i pięknej żonie, więc i tym razem tak się stało. Thor po raz pierwszy przyjął zaproszenie na Olimp, gdzie młodożeńcy mieli całkiem dobre entre przybywając na grzbiecie zionącego ogniem smoka Hornavena. Na Olimpie, jak to na Olimpie, bale, uczty i intrygi. O ile Thor nie czuł się mocny w żadnej z tych dyscyplin, to jego młoda i piękna połowica już po kilku dniach poczuła się tam jak Bliźniak w Sejmie.

 Soroya tak bardzo rozsmakowała się w imprezowaniu, że postanowiła wcale nie wracać do swojej północnej ojczyzny.

 Gdy do cna wyczerpany nieustannymi tańcami i libacjami Thor postawił ultimatum, postanowiła uśpić go na długie lata. By wprowadzić w życie swój niecny plan Soroya wdała się w potajemny romans z Bachusem, który to uwarzył dla Thora wino tak mocne, że ten zaledwie po jednym pucharku usnął na siedemdziesiąt lat.

 O tym, co wyczyniała hoża dziewka milczą nawet mity greckie. Wiadomo jednak, że romansowała, z kim się tylko dało, balowała bez umiaru i tak bardzo intrygowała, że gdy mąż wreszcie się przebudził, nikt nie chciał jej pomóc w przedłużeniu pobytu.

 Zawstydzony Thor natychmiast po powrocie do świata jawy zabrał wiarołomną żonę i dosiadłszy smoka Hornavena powrócił na północ. Tam jednak w międzyczasie trole zawiązały koalicję z gnomami, krasnalami i herosami, by pozbyć się surowego władcy. Osłabiony chybionym małżeństwem Thor zaraz po powrocie musiał stoczyć bój z przeważającymi siłami wroga. Pokonany uciekł na południe pod postacią góry skał, lodu i kamieni, którą my zwiemy lodowcem. Rozżalony i zdetronizowany władca miażdżył wszystko, co stało na jego drodze. Puszcze łamały się jak zapałki. Na szlaku wędrówki pozostawała tylko goła ziemia. Z czasem stracił jednak impet i zatrzymał się gdzieś tam, gdzie dzisiaj płynie rzeka Bug. Obejrzawszy się po raz pierwszy za siebie dostrzegł ogrom zniszczenia. Zapłakał nad sobą i zniszczoną krainą. Spłynęły łzami Bug, Narew, Wieprz, Nurzec, Biebrza i inne rzeki. Chociaż wody ożywiły nieco krajobraz, wokół była głucha cisza i martwota, bowiem drzewa zostały całkiem zmiażdżone przez lądolód. Thor ruszył na północ, by wezwać na pomoc Królową Drzew - pramatkę wszystkich puszcz. Wędrując w stronę domu często odpoczywał. Tak powstały jeziora nazwane dziś Mazurskimi czy Suwalskimi. Tam zaś, gdzie czekał na władcę zaklęty w skałę smok Hornaven powstało jezioro Wigry, które jest, jak mówią miejscowi, siedem razy proste i wielce przypomina kształtem smoka.

 Po powrocie na północ Thor z łatwością odzyskał władzę. Trole pobiły się bowiem z gnomami, te zaś zostały zdziesiątkowane przez herosów. Wszędzie panował głód i bezprawie.

 Lud zatęsknił za silną władzą i bez oporów poddał się autorytarnym rządom władcy, który powrócił. Wkrótce po zaprowadzeniu porządku Thor wezwał do siebie Królową Drzew i rozkazał jej udać się na południe i zasiać nowe puszcze. Królowa Drzew wygląda jak wierzba i rodzi nasiona z pozoru identyczne, jednak każde z nich kiełkuje w drzewo właściwego rodzaju w zależności od tego, na jaką glebę padnie. Królowa ruszyła nie zwlekając, siejąc po drodze: wierzby, lipy, dęby, sosny, świerki i wszelkie inne gatunki drzew i krzewów, jakie porastały nasze dawne puszcze. Wędrowała długo i powoli, bo drzewa nie są sprinterami, a poza tym na drodze wędrówki napotykała liczne jeziora i rzeki. Gdy, po kilkuset latach, dotarła do miejsca, które dziś zwiemy Puszczą Białowieską postanowiła odpocząć. Tam właśnie wydała najokazalsze potomstwo, które do dziś wśród polskich drzew wydaje najdorodniejszy owoc.

 Matka Drzew nadal tam jest. Wiadomym jest jednak, że jeśli zostanie ścięta ręką ludzką - zginą wszystkie lasy, które zasadziła na długim szlaku swojej wędrówki.

<-do góry


Książe i wiedźma
 
Dawno temu, gdy gościńcami wędrowali rycerze w zbrojach a ludzie podobni byli herosom, polować w białowieskich kniejach na grubego zwierza pewien litewski książe.
Młodzieniec odznaczał się ogromną siłą fizyczną i jeszcze większą odwagą. Dość rzec, iż na niedźwiedzie wyruszał samotrzeć uzbrojony jedynie w drewnianą pikę zakończoną żelaznym grotem. Pewnej czerwcowej nocy myśliwy odpoczywał po udanych łowach nad rzeką Łutownią, gdy w promieniach wschodzącego księżyca ujrzał dziewczę przecudnej urody, zażywające kąpieli w nurtach puszczańskiej krynicy.

 Młodzi przypadli sobie do gustu i wkrótce zakwitła między nimi wielka miłość. Oksana nie widziała świata poza ukochanym a książę z zapałem znosił do jej chaty ubite żubry, niedźwiedzie, tury i jelenie, co w dawnych czasach było równie wielkim dowodem miłości jak dziś kosze czerwonych róż w środku zimy.

 Rzecz cała toczyła by się najpewniej utartym torem i całą opowieść można by zakończyć sakramentalnym "żyli długo i szczęśliwie", gdyby do sprawy nie wmieszała się pewna wiedźma posiadająca nie tylko znajomość zastosowania ziół wszelakich o czarodziejskim działaniu ale i przekazywaną z pokolenie na pokolenie tajemną wiedzę pozwalającą zaklinać rzecz jedną w drugą zgodnie z jej życzeniem. Ksantypa, bo tak właśnie miała wiedźma na imię, zamieszkiwała od niepamiętnych czasów polanę nad rzeką Łutownią, otoczoną kręgiem prastarych dębów. Sędziwa niewiasta trudniła się zbieraniem ziół, rzucaniem uroków, sporządzaniem wszelakich lekarstw i trucizn oraz innymi zajęciami właściwymi jej profesji.

 Ksantypa na ogół chwaliła sobie pustelniczy żywot, spokój leśnego zakątka oraz towarzystwo dzikiego zwierza licznie wówczas zamieszkującego białowieską krainę. Spokój jej runął jednak w gruzy w chwilę po spotkaniu polującego w kniei księcia. Stara wiedźma zapałała do młodzieńca uczuciem świeżym jak majowy wietrzyk i zarazem potężnym niczym zimowa nawałnica.

 Ksantypa ukazywała się księciu pod postacią a już to długonogiej łani czy sarny o załzawionych oczach by wkrótce przemienić się w hożą dziewoję z wydatnym, jędrnym biustem.

 Innym razem objawiała się jako zwiewna rusałka, wabiąc nieczułego księcia śpiewem
tak czystym i powabnym jak owoce malin zroszone poranną rosą.

 Wszelkie zabiegi podstarzałej czarownicy kończyły się jednak totalną klapą gdyż, jak wspomniano wcześniej, młodzieniec ów był beznadziejnie zakochany w Oksanie, dziewczynie młodej i wielce urodziwej.

 Po wyczerpaniu całego zasobu zaklęć i czarów Ksantypa dała za wygraną i najpewniej pozwoliła by kochankom zażywać doczesnego szczęścia gdyby nie fatalne spotkanie z młodym księciem w widłach Łutowni i Narewki. Myśliwy, ujrzawszy wówczas wiedźmę w jej naturalnej postaci pomarszczoną, przygarbioną, z kurzajkami na twarzy i krukiem na ramieniu, postanowił dołączyć Ksantypę do reszty zwierzyny, którą go knieja ostatnimi czasy obdarzyła.

 W zapalczywym gniewie wziął szeroki zamach, by ugodzić sędziwą niewiastę swą drewnianą dzidą prosto w serce. Ksantypa, choć już wiekowa, nie była jednak pozbawiona refleksu niezbędnego do przeżycia w Puszczy pełnej dzikiego zwierza. Zanim zimne ostrze dosięgło jej piersi, zdążyła wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie i w mgnieniu oka zamieniła zapalczywego księcia w leśną mysz.

 Zagniewanej wiedźmie nie dość jednak było tej zemsty i by jeszcze bardziej ukontentować się swym zwycięstwem, przemieniła piękna Oksanę w puszczyka, który - jak wiadomo - by przeżyć, musi pożywiać się wszelkimi leśnymi i polnymi myszami.

 Od tamtych czasów każdy puszczyk ostrzega wszelkie myszy, norniki, piżmaki swym pohukiwaniem, by przypadkiem nie pożreć ukochanego księcia przemienionego w leśną mysz. Legenda głosi, iż zły czar pryśnie, gdy przez sto lat człowiek nie wytnie w Puszczy Białowieskiejani jednego starego drzewa.

 Czy pozostaje nam li tylko żywić nadzieję, iż Oksana i Piękny Książe staną się w jakiejś odległej przyszłości odpowiednikami biblijnego Adama i Ewy?

<-do góry

 


Naznaczony Dzik

 W dniu 27 września roku pańskiego 1752, król Polski August III Sas urządził w Puszczy Białowieskiej wielkie łowy. Do dziś dnia, w Parku Pałacowym w Białowieży, pomiędzy stawami stoi obelisk z piaskowca, upamiętniający tamto polowanie.

 Polowanie, które zresztą wedle dzisiejszych miar raczej należałoby określić rzezią.

 Ubito 42 żubry, 13 łosi, 2 sarny, nie licząc dzików. Tak stoi na pamiątkowym obelisku. Specjalnie sprowadzeni sascy jegrzy, przy pomocy blisko tysiąca ludzi liczącej nagonki, miesiącami napędzali zwierzęta do specjalnie przygotowanej w lesie zagrody, zwanej po dziś dzień Augustowskim Sadem.

 Wiele padło podczas naganiania do matni, jeszcze więcej oczekując miesiącami na przybycie królewskiego majestatu. Sas wraz z małżonką - Marią Józefą, która wedle współczesnych jej kronikarzy był brzydka jak "grzech śmiertelny", zasiedli w specjalnej altanie, pod którą przez wąskie przejście napędzano zwierzynę.

 Jejmość samotrzeć ubiła połowę z 42 żubrów i wiele innych zwierząt, w przerwach delektując się francuskim romansem.

 O jednym z dzików, na grzbiecie którego widniał wyraźny czarny krzyż, zamierzam Wam opowiedzieć.

 August Sas, zwykły polować na zachód od Łaby, pierwszy raz spotkał się z tak osobliwie umaszczonym dzikiem. Gdy jegrzy wyjaśnili mu, że i w Białowieży zwierz taki jest osobliwością, począł się król rozpytywać wśród miejscowych, by ostatecznie od jednego z osaczników, Lecha Bajko, taką oto usłyszeć opowieść.

 Dawno temu, na zaproszenie Konrada Mazowieckiego, sprowadzono do Polski Zakon Krzyżacki. Rycerze Maryi mieli bronić przed Prusami północne rubieże Mazowsza, a później chrystianizować plemiona Bałtów. W praktyce jednak zajmowali się oni łupieżczymi wyprawami, szerzyli terror i pomnażali własny majątek.

 Podczas jednej z takich wypraw, czterech rycerzy w białych płaszczach z czarnym krzyżem zapuściło się do Puszczy Białowieskiej. Była to wówczas kraina odludna. W nielicznych przysiółkach można jednak było spotkać ostatnich Jaćwingów i nieco Mazowszan, którzy nad życie z roli przedkładali myślistwo i bartnictwo.

 Zakonni woje nasyciwszy się miejscowymi białogłowymi, dziczyzną, kołaczami i mocnymi miodami postanowili zrobić coś dla zbawienia miejscowej ludności. Okazja sama zdawała pchać się w ręce.

 Od jednego z pochwyconych języków, który zresztą dokonał żywota przebity mieczem, co było dla Krzyżaków, jak byśmy dziś powiedzieli, standardowym postępowaniem, rycerze dowiedzieli się, że nad rzeką Łutownią zamieszkuje samotnie stara guślarka - Ksantypa.

 Leciwa niewiasta wiodła była żywot pustelniczy, oddając cześć dawnym bogom, zbierając zioła, zgłębiając tajniki puszczy i wedle potrzeby zajmując się wróżbiarstwem, opatrywaniem ran, zamawianiem chorób, czyli najogólniej mówiąc pełniła funkcje miejscowego lekarza.

 Krzyżacy ruszyli do oddalonego o kilka staj uroczyska pełni zapału, którego nie ostudziły nawet znaki, które spotkali po drodze.

 Ani martwa sójka leżąca w poprzek leśnego duktu, ani wołanie puszczyka w samo południe, ani nawet widok świętego węża w złotej koronie nie ostudziły ich zapału.

 Przybyli nad Łutownię o zachodzie, poprzedzającym magiczną noc Kupały, podczas której, zgodnie z prastarymi słowiańskimi wierzeniami, czary mają szczególną moc. Przybyli z obnażonymi mieczami, by niezwłocznie wysłać Ksantypę wprost do królestwa Peruna. Niewiasta ta jednak, choć leciwa, nie była pozbawiona refleksu niezbędnego do przetrwania w kniei pełnej dzikiego zwierza. Zanim zimne ostrze dosięgły jej piersi, wymówiła odpowiednie zaklęcia i przemieniła rycerzy w cztery dziki, które na pamiątkę tego wydarzenie naznaczone zostały czarnymi krzyżami

 Najstarsi ludzie w Białowieży nie pamiętają, kiedy ostatnio ubito dzika z krzyżem na grzbiecie. Wieść gminna jednak niesie, że jeszcze co najmniej jeden taki zwierz przemierza białowieskie knieje. Widziano go kilka lat temu w pobliżu Miejsca mocy w oddziale 495.

 Mówi się także, że gdy zostanie on ubity, powrócą dawne bogi z Lasowidem na czele.
 Ile w tym prawdy trudno dociec, ale faktem jest, że dwa lata temu w osadzie Gruszki, naprzeciwko Nadleśnictwa Browsk, stanął drewniany posąg Lasowida.

<-do góry


Białowieskie miejsca mocy

 Kilkanaście lat temu, w Białowieży, byłem świadkiem dość osobliwej sceny. W Parku Pałacowym na górce, przy dawnym hotelu Iwa, rośnie od stuleci grupa kilkunastu dębów. Leśne olbrzymy tworzą rodzaj kręgu. Wewnątrz tego właśnie leśnego kręgu siedziały trzy młode urodziwe dziewczyny. Nie było by w tym nic szczególnie frapującego, pomijając ma się rozumieć urodę panien, gdyby nie to, że siedziały one jak skamieniałe. Mijały kolejne minuty, a one nic tylko siedzą zapatrzone dokładnie nie wiadomo w co.

 Umówiony na spotkanie z pewną wielce niepunktualną osobą, zasiadłem na ławeczce przed hotelem. Im dłużej siedziałem, tym bardziej skupiałem uwagę na wzmiankowanych wcześniej pannach. Medytują pomyślałem, nie znajdując innego uzasadnienia obserwowanej sceny. Otwartym jednak pozostawało, dlaczego to właśnie miejsce dziewczyny wybrały do tej niezbyt rozpowszechnionej w Polsce czynności.

 Zagadka wyjaśniła się rok później, gdy poznałem pana Leszka Matulę, międzynarodowy autorytet w dziedzinie geomancji i radiestezji, autora kilkudziesięciu książek z tej dziedziny. Dowiedziałem się wówczas, że górka porośnięta dębami to tak zwane miejsce mocy, drugie zresztą w Polsce po krakowskim Wawelu pod względem natężenia korzystnej dla człowieka energii. W okolicy Białowieży, jak się później okazało, takich miejsc jest znacznie więcej. W oddziale 495, kilka kilometrów na południowy zachód od Białowieży znajduje się kamienny krąg pochodzący z czasów, gdy białowieską knieją władali Goci. Co ciekawe, większość drzew rosnących w pobliżu kręgów wyrasta z ziemi w formie kilku pędów. Inne drzewa rozrastają się tuż nad ziemią w dwa, trzy, a nawet więcej pni. O ile w Puszczy takie formy drzew są raczej czymś wyjątkowym, to tu - w miejscu mocy- zjawisko to jest regułą. Do miejsca mocy, uważanego zresztą za rodzaj leśnego sanktuarium, w którym odprawiano przed wiekami jakieś bliżej nieznane religijne obrzędy, prowadzi czarny szlak. Z kamiennym kręgiem wiąże się pewna legenda.

 W dawnych czasach, gdy Puszczę przemierzały niezmierzone stada turów, a dęby konarami sięgały nieba, białowieską krainą władał potężny bóg o czterech twarzach - Lasowid. Słowiański bożek, w przeciwieństwie do greckich bogów, miast dziedzin w niebiesiach upodobał sobie lasy i strumienie.

 Pewnej księżycowej nocy, nad jedną z puszczańskich krynic, ujrzał Lasowid wielce powabną nimfę o wdzięcznym imieniu Czerlonka, od którego to imienia zresztą wzięła nazwę jedna z białowieskich osad.

 Owocem krótkiego, acz burzliwego romansu był syn Wisz, który wyrósł na wielkiego mocarza o nieposkromionej ambicji. Warto w tym miejscu wspomnieć,
że czterotwarzy ojciec po skonsumowaniu tejże znajomości nie interesował się zbytnio jej owocem. Żyła tam wówczas w białowieskiej kniei wiedźma Ksantypa. Leciwa niewiasta, biegła wielce w czarach, odznaczała się niespożytą energią i nie mniejszym zamiłowaniem do czarodziejskiej wiedzy.

 Jak powszechnie wiadomo, do odprawiania czarów musi być spełnionych wiele warunków. Jednym zaś z nich jest znajomość miejsc szczególnych, które dziś określamy miejscami mocy.

 Tam to, bowiem właśnie matka Ziemia obdarza wtajemniczonych szczególną siłą, która oczyszcza umysł pozwalając karmić się energią biegnącą wprost z Praźródła.

 Tak przynajmniej przedstawiają to buddyści. Ksantypa podczas swych puszczańskich wycieczek odnalazła co najmniej jedno z takich miejsc zwanych współcześnie czakramami ziemi. Będąc już wówczas kobietą leciwą, a co za tym idzie o zmysłach nieco przytępionych, by skorzystać w pełni z tej wspaniałej krynicy potrzebowała czegoś, co obecnie określilibyśmy jako wzmacniacz.

 Do skonstruowania tegoż urządzenia niezbędne jej były wielkie kamienie wydobyte z dna najgłębszego jeziora. Skąd jednak wziąć w Puszczy jezioro, a tym bardziej siłę do wydobycia i przeniesienia kamieni? I tu właśnie w naszej historii pojawia się Wisz, który, jak już wcześniej wspomniano, obok wielkiej krzepy fizycznej odznaczał się nieposkromiona ambicją. Ksantypa, korzystając z pośrednictwa leśnej poczty, czyli sójek ( Garrulus glandarius), zaproponowała bożkowi z pozoru korzystną transakcję. On dostarczy jej wielkie głazy z dna jeziora Hańcza do zbudowania magicznego kręgu, ona zaś obdarzy go wiedzą tajemną pozwalającą zdetronizować ojca.

 Sęk w tym, że aż takiej wiedzy wiedźma nie posiadała.

 Wisz wywiązał się ze swego zadania w ciągu jednej nocy. Była to noc szczególna, przesilenie wiosenne, podczas którego wszelkie czary odprawia się dużo łatwiej i przyjemniej, niż podczas zwykłych nocy.

 Gdy kamienny krąg był gotów a księżyc w pełni, wiarołomna kobieta rozpaliła wielkie ognisko i kazała bożkowi usiąść wewnątrz nowej leśnej świątyni.

 Sama zaś dorzuciwszy do ognia nieco kocimiętki, wilczego ziela, liści dziurawca, poczęła medytować posiłkując się zapewne uniwersalną mantrą 'Om mane padme hum'.

 Dorzuciwszy po pewnym czasie jakieś słowiańskie silne zaklęcie przemieniła Wisza w kamień, który do dziś możemy podziwiać w centrum kamiennego kręgu.

 O dalszych losach Ksantypy kroniki milczą. Być może z tej to przyczyny, iż słowa pisanego wówczas nie znano, a być może i z tego powodu, iż wraz z nową wiarą spopielono świadectwa dawniejszych religii. Wieść gminna jednak głosi, iż muskularny Wisz obudzi się z wielowiekowego letargu dopiero, gdy białowieską dziedziną rządzić będą ci, którzy ponad własną korzyść przedkładają wspólne dobro.

 Górka przed hotelem, kamienne kręgi w oddziale 495, krakowski Wawel i wiele innych miejsc o szczególnym promieniowaniu to tak zwane czakramy Ziemi. Zgodnie z wiedzą geomantyczną, w takich właśnie miejscach występuje silne natężenie szczególnego rodzaju pola energetycznego, które ma polepszać nasz nastrój, sprzyjać medytacji, a nawet leczyć różne przypadłości ciała i duszy.

 W ostatnich latach znacznie wzrosło zainteresowanie niekonwencjonalnymi metodami leczenia, ziołami, parapsychologią i pokrewnymi dziedzinami, które jednych śmieszą, innych fascynują, a jeszcze innych skłaniają do refleksji nad dobrodziejstwami współczesnej cywilizacji technicznej. W Polsce nauka o szczególnym promieniowaniu Ziemi i kosmosu jest stosunkowo młodą dziedziną ludzkich dociekań. W Chinach, Tybecie, Indiach i innych krajach Dalekiego Wschodu geomanci cieszą się dużym poważaniem. W azjatyckim kręgu kulturowym geomancję określa się jako feng shui, czyli wiatr i wodę. Azjaci uważają wodę za element skupiający życiodajną energię. Wiatr z kolei jest traktowany, i w tych kulturach, jako najważniejszy czynnik ożywiający cały świat przyrody.

 Wpływ geomancji, w Chinach, na życie codzienne był tak przytłaczający, że ludzie byli bardziej skłonni wyburzyć całą wieś, niż zmienić bieg przepływającej przez nią rzeki. Wierzy się tam, bowiem, że człowiek musi dopasować się do naturalnego rytmu natury, a nie odwrotnie.

 Jest anegdota o twórcy teorii względności nieco nawiązująca do tematu artykułu. Nad drzwiami Alberta Einsteina wisiała podkowa. Jeden z odwiedzających fizyka uczonych spytał jak tak światły umysł może wierzyć w tego typu zabobony. Na to Einstein miał odrzec "Słyszałem, że pomaga nawet tym, którzy w to nie wierzą"

<-do góry